opowiem staaaarą, ale jakże uroczą historyjkę o jeżyku.
któregoś pochmurnego, wietrznego, listopadowego dnia Jasiu namówił tatę na wyjazd do lasu. pogoda była paskudna, zimno jak diabli, no ale co poradzić - obiecał synkowi.
idą najpierw drogą, potem ścieżką, w końcu po godzinie szli już po ściółce bez śladów ludzkiej obecności.
wtem jasiu zobaczył wśród liści i mchu małego, zziębniętego, wygłodniałego jeżyka. tata początkowo nie chciał się zgodzić, ale Jaś był nieprzebłagany - zabrali jeżyka do domu.
tam Jasiu urządził w pudełku po butach legowisko ze starych ubrań i waty. Jeżyk dostawał codziennie rano mleko, codziennie wieczorem pędraki i resztki z kolacji. Mijały dni, tygodnie, miesiące... Jeżyk rósł jak na drożdżach.
Na plecach wyrosły mu skrzydełka, a między oczami róg, któregoś dnia ktoś nie domknął drzwi balkonowych i jeżyk odleciał hen, ku horyzontowi.
i wtedy właśnie okazało się, że to nie był jeżyk, tylko jakieś chuj wie co.